Wirtualna Izba Regionalna Gminy Książ Wielkopolski
Das Gefecht bei Xions (am 29. April 1848). [Bitwa o Książ 29 kwietnia 1848 r.]

Źródło: Aus dem Posener Lande
Autor: dr Friedrich Reiche
Datowanie: 1908 r.
Miejsce: Książ [ob. Książ Wielkopolski]

Artykuł zamieszczony w niemieckiej gazecie "Aus dem Posener Lande" z okazji 60. rocznicy bitwy.

Bitwa w Książu (29 kwietnia 1848)
Dyrektor Gimnazjum w Śremie dr Friedrich Reiche

Ponad sto lat upłynęło od wielkiego oderwania się Polaków w czasie upadku państwa pruskiego w latach 1806/07. Ostatnio literatura zajmuje się tymi faktami szczególnie. Zapewne dlatego, wydarzeniom z 1848 r., od których mija teraz sześćdziesiąt lat, poświęca się mniej uwagi. Powstanie Polaków w 1848 r. nie jest chwalebną kartą pruskiej historii. Panikę i słabość, które okazał rząd w Berlinie i w całych Prusach podczas Wiosny Ludów, w pomniejszonej skali odnajdziecie w Poznaniu. Zachowanie rządu oddziaływało również na wojsko: ordre - contreordre - désordre! [fr. rozkaz - odwołanie rozkazu - chaos! - przyp. tłumacza]. "Generałowie obawiali się dezaprobaty króla bardziej niż Polacy". Doszło do tego, że Polacy organizowali się wszędzie, bezpośrednio pod okiem oddziałów pruskich, i mogli bez przeszkód przygotowywać się do walki z wrogiem narodu, nawet w samym Berlinie otworzono biuro werbunkowe armii polskiej, a generał von Willisen, wyraźny przyjaciel Polaków, mógł rozwinąć swoją nieszczęsną działalność królewskiego komisarza. I kiedy z końcem kwietnia podjęto energiczne działania, nastąpiły błędy w kampanii, wyraźnie widoczny brak spójności. Zamiast uderzyć na rebeliantów całą siłą, posłano stosunkowo niewielką liczbę wojska i rozproszono je jeszcze przez oddelegowanie do małych miasteczek, których usiłowały bronić polskie załogi. Również dowodzenie w otwartym polu postawiało wiele do życzenia, tacy to dzielni okazali się niżsi rangą oficerowie, taka to była staropruska odwaga i taka, mimo masowych dezercji polskich żołnierzy, to była dyscyplina szeregowców. Skutkiem tego były klęski, jak pod Miłosławiem czy Wrześnią (w Sokołowie).

Promykiem nadziei w tych mało pomyślnych chwilach, prawdziwym dniem chwały wojska była bitwa o Książ 29 kwietnia. Tu dowodził pułkownik Brandt, wybitny, doświadczony i zdecydowany oficer. Najpierw pełnił on służbę w pruskim wojsku, potem, kiedy jego ojczyzna w 1807 r. została przyłączona do Księstwa Warszawskiego, wstąpił do polskiego wojska i walczył pod polską chorągwią w Hiszpanii, następnie w 1812 i 1813, aż do czasu bitwy pod Lipskiem. Pod Lipskiem dostał się do niewoli i w 1815 r. stał się znowu pruskim oficerem, i tak się wyróżnił, że został nauczycielem w korpusie kadetów, a nawet oficerem sztabu generalnego. Rok 1848 zastał go dowódcą brygady. Potem został dowódcą 10 dywizji i w 1857 r. przeszedł na emeryturę jako generał piechoty. Jego piśmiennictwo z zakresu wojskowości przyniosło mu wielką sławę, a z jego dzieł korzysta się do dziś.

W kwietniu 1848 r. Brandt dowodził kolumną, która otrzymała rozkaz udać się na lewy brzeg Warty i zdobyć obóz powstańców w Książu. Siła kolumny wynosiła około 4000 ludzi. Piechota składała się z 7 regimentu (dzisiejszych grenadierów królewskich), 18 i 19 regimentu (dzisiaj Courbiére’a) oraz batalionów landwery z Görlitz [Zgorzelec] i małego oddziału jegrów [strzelców wyborowych]. Kawaleria składała się z trzech szwadronów: jednego z 2 Pułku Czarnych Huzarów oraz dwóch i pół szwadronu z 1 Pułku Ułanów Pruskich z Milicza. Artyleria dysponowała ponad siedmioma działami, w tym dwoma haubicami[1]. Adiutantem Brandta był oficer sztabu generalnego major von Voigt-Rheetz, który w latach 1870/71 z wielką chwałą dowodził 10 korpusem [w randze generała].

Wymarsz na Książ nastąpił ze Śremu. Lewe skrzydło, złożone zaledwie z jednej kompanii landwery i piętnastu huzarów, w Łęgu pod Śremem zajęło wszystkie promy wzdłuż Warty. Brandt, po zdobyciu Książa, miał się połączyć z kolumną generała Blumena, który stacjonował w Środzie na prawym brzegu Warty. Główne siły ruszyły drogą ze Śremu do Książa przez Zawory i Zakrzewo. Za nimi szły odwody, których zadaniem było utrzymać łączność z prawym skrzydłem. Prawe skrzydło, w sile 4 kompanii i półtora szwadronu ułanów, na południe od Książa miało uniemożliwić wrogowi ucieczkę przez Obrę.

W Książu, który od pewnego czasu znajdował się w polskich rękach, w ostatnich dniach niepokój sięgał zenitu. Noc przed 29 kwietnia przestraszone żony niemieckich mieszkańców spędziły w stodole, strzeżone przez swoich mężów. Niemiecki aptekarz Walther, którego żona już wcześniej uciekła do Kórnika, ocalał wyłącznie dzięki temu, że schronił się nad brzegiem Warty, skąd popłynął w dół rzeki barką załadowaną gnojem. Wielu Niemców zostało uwięzionych jako rzekomi szpiedzy. Na żądanie, aby natychmiast ich uwolnić, Brandt otrzymał bezczelna odmowę od polskiego dowódcy, majora Dombrowskiego [Dąbrowskiego]. Dopiero rano w dniu bitwy wszystkich aresztantów, poza jednym, puszczono wolno. Tego jednego, inżyniera Wiesenera, zabrano z więzienia, przegnano po rynku i tam rozstrzelano.

Dombrowski bardzo mocno oszańcował Książ. Kościoły ewangelicki i katolicki zostały przystosowane do obrony, podobnie jak budynki szkolne i ratusz. Na Apotheker- [Aptecznej] i Hauptstrasse [Głównej] (kierunek zachód-wschód) oraz Kirchstrasse [Kościelnej] (kierunek północ-południe) wzniesiono solidne barykady. Było wystarczająco dużo czasu, aby przygotować się do obrony. Barykady wymurowano z cegieł, przed nimi ułożono duże kamienie polne, a na nich pnie drzew, w których wycięto otwory strzelnicze. Oprócz tego całość pokryto ziemią tak, że barykada osiągała wysokość 8-10 stóp oraz grubość około 12 stóp, dzięki czemu mogła stawić opór nawet kulom armatnim.

Jak to zwykle w małych miastach, dokoła rozciągały się ogrody połączone z podwórzami domostw. Ponieważ słusznie obawiano się, że żołnierze pruscy zamierzają wtargnąć przez ogrody, zaryglowano tylne furtki i drzwi do budynków gospodarczych. Ta przezorność dowodzi, że Polacy mieli dobrych dowódców. Oficerowie byli po części emigrantami z 1831 roku i dzięki temu posiadali doświadczenie wojenne. Na służbę stawiło się tu także sporo miejscowej szlachty, dobrze obeznanej z własnymi końmi. Uzbrojenie, jeśli chodzi o karabiny, było wręcz lepsze od pruskiego. Leśniczy i służący szlachciców mieli gwintowane arkebuzy [broń myśliwska], podczas gdy pruska piechota tylko gładkolufowe strzelby. Naturalnie większość była uzbrojona w kosy przekute na sztorc. Spośród tych kosyniery szczególnie odznaczali się wyborowi, którzy tworzyli niezawodne i bitne jądro oddziału. W ogóle wszyscy kosynierzy bili się dobrze, ale przecież i w armii pruskiej Polacy byli znani jako dzielni żołnierze. Do tego dochodził jeszcze fanatyzm, który rozpalało duchowieństwo, często z krzyżem w ręku. Bitwa nie miała jedynie charakteru narodowego, ale także religijny, ponieważ księża wygłaszali kazania przeciwko niemieckim heretykom i zwiastowali walczącym Królestwo Niebieskie.

Zbierzcie się tu stadnie!
Nasz wróg, Niemiec, padnie!
Ja, ksiądz, wam przyrzekam:
Niebo na was czeka.

Tak w przekładzie na język niemiecki [i z niemieckiego na polski] brzmiała pieśń, którą rozpowszechniono przed powstaniem.

Polskie siły w Książu były znacznie mniejsze niż siły pruskie. Liczyły około 1300 ludzi, jednak ukryli się oni w znakomitych szańcach i podczas bitwy mogli liczyć na posiłki z Nowego Miasta. Wszak na początku bitwy wysoko płonęły pochodnie i biły na alarm dzwony, by przywołać pomoc.
Bitwa rozpoczęła się między godziną dziesiątą a jedenastą, na północ od Książa, atakiem huzarów i ułanów pruskich na ułanów polskich. Ci ostatni zostali odparci. Ponieśli wielkie straty, w tym stracili pięciu oficerów, którzy ranni trafili do niewoli. Potem zajęto cmentarz przykościelny (na północy miasta) i stamtąd oraz z zachodu artyleria ostrzeliwała miasto. Pociski kierowano przede wszystkim na wieżę kościoła ewangelickiego, z której powstańcy prowadzili intensywny ostrzał. Kule dosięgły również ambony i dzwonu. Dzwon, przez ubóstwo wspólnoty, do teraz nie został zastąpiony nowym i jeszcze dziś swoim blaszanym z powodu dziury tonem przypomina żyjącym o bitwie.

Wkrótce większość ruszyła do ataku na samo miasto. Wtargnięcie utrudniały barykady i liczni strzelcy prowadzący ogień z budynków. Trzeba było zdobywać dom po domu, a w walce wręcz w niektórych domach powalono bagnetami czasem dziesięciu, a czasem nawet dwudziestu Polaków. Prusacy wspinali się również na dachy i strzelali stamtąd z dużym powodzeniem do obrońców barykad.

Ponieważ równocześnie miasto szturmowano od wschodu i południa, zablokowano Polakom wszystkie możliwe drogi wyjścia. Nadzieja na przybycie posiłków z Nowego Miasta również przepadła, gdy oddział kosynierów, który zbliżał się z tamtej strony w sile 500 ludzi, został przywitany przez kawalerię i artylerię i bez walki zmuszony do kapitulacji. Postąpiono przy tym jak zwykle niemądrze, wypuszczając pojmanych po tym, jak ich dowódcy, rodowici Polacy Hubert i Mittelstaedt, dali słowo honoru, że nigdy więcej nie wystąpią zbrojnie przeciwko Prusom. Wskutek tego, zarówno Mittelstaedt jak i kosynierzy, już następnego dnia walczyli pod Miłosławem.

Tymczasem na Rynku nastąpiło rozstrzygnięcie. Zdobyto ostatnie barykady mimo ostrzału kartaczowego, który Polacy prowadzili ze swoich małych działek. Polacy, którymi teraz dowodził szlachcic Staniecki, ostatecznie skapitulowali, gdy ich major Dombrowski został śmiertelnie raniony. Tylko jeden hufiec kosynierów, którzy stłoczyli się w wąskiej uliczce za ratuszem, nie chciał słyszeć o kapitulacji i nieustraszenie dał się rozstrzelać. Co ciekawe, proboszcz Koszucki ruszył na Prusaków z szablą i krzyżem z rękach. Nie był proboszczem Książa, przyłączył się do powstańców jako kapelan obozowy.

Krótko przed kapitulacją kosynierzy próbowali przedrzeć się na południe, zostali jednak schwytani przez ułanów. Jeden z ich dowódców, który poległ, miał przy sobie torbę oficerską, w której znaleziono dystynkcje kapitana armii francuskiej oraz wykaz wszystkich barykad Berlina; więc najwidoczniej był jednym z polsko-francuskich bohaterów barykad z 18 marca!

Podczas walk ulicznych duża część miasta łącznie z ratuszem spłonęła[2], ponieważ ogień, który wybuchł w skutek wielkiego upału panującego 29 kwietnia, szybko zajął lekkie konstrukcje domów. Cudem nie spłonął kościół ewangelicki, który w całości zbudowany jest z drewna (wzniesiony w 1794 roku). Również dworek szlachecki i wieś Książek (leżąca niedaleko na wschód od Książa) zostały spalone i splądrowane[3].

Bitwa, która, jak wyżej powiedziano, rozpoczęła się między godziną dziesiątą a jedenastą, zakończyła się według Historii regimentu Courbiére’a półtora godziny później, a według "Militär-Wochenblatt" z wydania marzec-kwiecień 1849 (dodatek) dopiero o godzinie trzeciej po południu. Prusacy stracili tylko 22 zabitych i 131 rannych, w tym zaledwie 5 oficerów. Straty Polaków były bardzo duże i wynosiły: 400 zabitych, 211 rannych oraz 574 pojmanych bez odniesionych ran, zatem łącznie 1185 ludzi, tak więc tylko niewielki ułamek załogi zbiegł i można było uznać wroga za pokonanego.

Niestety Brandt nie wykorzystał swojego zwycięstwa. Zamiast po krótkim odpoczynku natychmiast zaatakować Polaków stacjonujących w Nowym Mieście, odłożył wymarsz na 30 kwietnia i nie był w stanie właśnie tego dnia wesprzeć generała Blumena pod Miłosławiem. Rzeczywiście wojsko było bardzo zmęczone, lecz czego mógłby oczekiwać od swoich ludzi Blücher po bitwie nad Kaczawą albo Gneisenau po Belle-Alliance [bitwa pod Waterloo]! Ponadto Brandt dostał w swoje ręce list Mierosławskiego, znaleziony przy jego adiutancie pojmanym na wschód od Książa tuż po bitwie, w którym polski dowódca, stanąwszy w Miłosławiu naprzeciw Blumena, wyraża wolę zaniechania walki, opuszczenia terenów nad Wartą i wymarszu na Kujawy. Dlatego też Brandt nie wierzył w dalsze przedsięwzięcia wojenne Polaków i dlatego zachęcał Blumena przez konnego posłańca, aby nie atakował, ponieważ on przed 1 maja tak czy inaczej nie będzie mógł mu pomóc. Lecz niestety kurier został złapany przez Polaków, tak więc obaj dowódcy działali bez wzajemnego porozumienia. Wprawdzie drugi posłaniec dotarł do Blumena, jednak dopiero, gdy bitwa pod Miłosławiem już się toczyła.

Poległych pochowano na północ od Książka w dwóch dużych kopcach, które istnieją do dziś. Pierwotnie złożono tam również żołnierzy pruskich, później jednak przeniesiono ich na cmentarz parafialny w Książu, gdzie na ich grobie wznosi się duży blok z piaskowca z inskrypcją: „Zginęli bohaterską śmiercią” (poniżej umieszczono nazwiska i numery regimentów).

Jeszcze 29 jeńcy zostali doprowadzeni do Śremu, a 30 dotarli tu ranni Polacy i Prusacy, z których wielu zmarło od ran. Im także wzniesiono pomniki, żołnierzom pruskim na cmentarzu ewangelickim na wniosek śremskiego związku kombatantów, a Polakom na cmentarzu katolickim. Pierwszy składa się z cokołu i tablicy pamiątkowej, która nosi inskrypcję:
"Wypełniającym swoje obowiązki 1848 towarzyszom ranionym pod Książem i zmarłym w Śremie.
Śrem, w maju 1902.
Związek Kombatantów".
Na odwrocie widnieją nazwiska zmarłych, jeden oficer (von Michaelis), trzej landwerzyści i pięciu fizylierów. Pomnik Polaków to wysoka piramida z piaskowca na kwadratowym cokole, już stosunkowo stary i zwietrzały. Na piramidzie umieszczono krzyż, w którym jedno ramię jest odłamane. Na pomniku nie ma inskrypcji. Widocznie żadna nie została zaakceptowana przez władze. Tak, cały ten pomnik, wzniesiony krótko po bitwie, niedługo potem został usunięty na polecenie władz, ponieważ gloryfikował rebeliantów. Przewrócona piramida długo leżała w tamtym miejscu, aż w końcu uzyskano zgodę na jej ponowne ustawienie. Ten pomnik, otoczony gęsto cyprysami, swoim przygnębiającym wyglądem robi imponujące wrażenie: skamieniała żałoba po finis Poloniae [końcu Polski].

Bitwa miała jeszcze następstwa, kiedy Polacy ze wszystkich sił starali się uwolnić jeńców. Już w nocy z 30 kwietnia na 1 maja około 300 Polaków nadeszło od strony Kościana, jednak niedaleko Śremu (jeden kilometr przed miastem) na drodze stanął im oddział żołnierzy pruskich, który wkrótce przerwał pojedynek, gdyż nadeszła wiadomość, że marsz jeńców, którzy tymczasem o świcie opuścili Śrem i na prawym brzegu Warty szli pod eskortą do Kórnika, na północ od miasta został uniemożliwiony. Pod Zbrudzewem, następną wioską na Szosie Poznańskiej, Polacy zaatakowali z zarośli kolumnę prowadzącą jeńców; ale wkrótce przybyły posiłki ze Śremu i straż bezpiecznie doprowadziła jeńców do Kórnika. Polacy nieustannie trzymali się blisko, lecz nie odważyli się zaatakować. Nastąpiło to dopiero na północ od Kórnika, we wsi Krzesinki, jedna i ćwierć mili od Poznania. Jednak pomoc była już blisko. Oddziały odchodzące z Poznania do Środy otrzymały rozkaz patrolowania drogi wiodącej przez Kórnik i zabezpieczenia transportu jeńców. Przybyły dokładnie w momencie rozpoczęcia wspomnianego ataku. Po krótkiej walce Polacy uciekli, a jeńcy mogli już bez żadnych przeszkód zostać doprowadzeni do Poznania.

------------
[1] Patrz Kunz, Wydarzenia militarne w Wielkim Księstwie Poznańskim w kwietniu i maju 1848, Berlin 1899, dzieło, na którym bazuje niniejszy esej, niezależnie od informacji pastora ewangelickiego Krebsa z Książa - przypisy autora.

[2] Ratusz, który stał na rynku, nie został nigdy odbudowany.

[3] Kunz dodaje, w każdym razie według wspomnień pułkownika Brandta, że ponowne podpalenie i plądrowanie dworu w Książku było winą landwery. Brandt jednak ogółem źle mówi o landwerze i oskarża ją również o zamiar splądrowania Książa. Tym samym jednak wystawia sobie samemu złą opinię, ponieważ mógł temu zapobiec, wprowadzając wymagany rygor. Według opisu, który dał mi pastor Krebs, dworek w Książku podpalili powstańcy, a wtedy właściciel, przyjaciel ówczesnego pastora ewangelickiego, ostrzegł go wcześniej i tym samym uratował.

Transkrypcja Tomasz Jankowski
Przekład Magdalena Kaczmarek
Redakcja Katarzyna Gwincińska


Redakcja WIR pragnie zdystansować się do powyższego tekstu. Jest to relacja niemieckiego patrioty, który bardzo się starał przedstawić swoich pruskich rodaków w jak najlepszym świetle. Pisząc o różnicy w uzbrojeniu - która w jego relacji była na korzyść Polaków - pominął milczeniem oddział jegrów śląskich, wyposażonych w najnowocześniejsze wówczas, szybkostrzelne karabiny i pominął miażdżącą przewagę liczebną tych "nędznych" gładkolufowych karabinów piechoty. Nieładną konfabulacją jest też wzmianka o dzielnych kosynierach, którzy woleli dać się rozstrzelać niż się poddać. Prawdopodobnie autor chciał się w ten sposób prześliznąć nad rzezią, której dokonali Prusacy po zdobyciu miasta: podpalili lazaret, mordowali jeńców i osoby cywilne. W tej rzezi, przez 15 minut zginęło więcej ludzi niż podczas bitwy. Już tylko zabawna jest myśl, że miasto spłonęło, bo pożar wybuchł w wyniku upału. Nigdzie wcześniej nie spotkaliśmy się z nazwiskiem Staniecki, w roli oficera ogłaszającego kapitulację znamy porucznika Sokolnickiego. Mamy ograniczone zaufanie do autora, niemniej jednak większość faktów się zgadza, a pruska relacja z bitwy po upływie 60 lat, z początku XX wieku, jest bezwzględnie bardzo interesująca.
Sygnatura: AR-00036
Fot. Zasoby własne | Autor: WIR
Jeśli możesz uzupełnić opis tego obiektu, napisz do nas: wir.ksiazwlkp[@]gmail.com. Użyj sygnatury obiektu (dwie linie wyżej).
Obiekty powiązane.


2012-2017 © Stowarzyszenie Nasza Gmina. All Rights Reserved
Zdjęcia i ryciny | Dokumenty | Mapy i herby | Dawna prasa | Ludzie | Legendy i mity | Przedmioty | Artykuły | Bibliografia | Kolekcje

gir@ffe